Retro gaming po 40: jak wrócić do gier z dzieciństwa i nie żałować
Gdzieś w piwnicy albo u rodziców na strychu stoi karton. W kartonie jest beżowy komputer z klawiaturą, czarny joystick z czerwonym przyciskiem i magnetofon, który nagrywał gry z radia. Nie włączałeś tego od trzydziestu lat. I nie musisz – ale warto wiedzieć, że wciąż możesz.
Retro gaming po czterdziestce to nie jest hobby dla dzieciaków, które odkryły „vintage”. To jest hobby dokładnie dla nas: ludzi, którzy pamiętają, jak brzmi ładowanie gry z kasety, i którzy dziś mają na tyle własnych pieniędzy, żeby kupić sobie to, na co w 1989 roku patrzyli przez szybę Pewexu. Ten przewodnik mówi, jak do tego wrócić z głową – bez kupowania na Allegro zepsutego Atari za 800 zł i bez ściągania czegokolwiek z podejrzanych stron.
Dlaczego wracamy – i dlaczego to nie jest wstyd
Psychologowie mówią o „reminiscence bump”: wspomnienia z okresu 10-25 lat są w nas najsilniej zakodowane. Dla mężczyzny urodzonego między 1975 a 1985 rokiem to jest dokładnie era ośmiobitowców: Atari 65XE, Commodore 64, ZX Spectrum, potem Amiga 500 i Pegasus. Nie chodzi o to, że te gry były lepsze niż dzisiejsze – nie były. Chodzi o to, że były nasze: pierwsze, w których coś nam się udało bez pomocy dorosłych.
Jest jeszcze drugi powód, bardziej praktyczny. Retro gry są krótkie, trudne i uczciwe. Nie mają mikropłatności, nie mają „tygodniowych wyzwań”, nie próbują Cię zatrzymać przy ekranie. Montezuma nie wysyła powiadomień. Grasz pół godziny, umierasz, wyłączasz. Dla faceta, który ma czterdzieści minut wolnego wieczorem, to jest uczciwszy układ niż jakakolwiek współczesna gra mobilna.
Trzy drogi powrotu
1. Oryginalny sprzęt
Najbardziej autentyczna i najbardziej kłopotliwa. Atari 65XE z zasilaczem i joystickiem to dziś wydatek rzędu 300-600 zł za sprawny egzemplarz, Commodore 64 podobnie, Amiga 500 więcej. Do tego dochodzi problem obrazu: stare komputery mówią po analogowemu, nowe telewizory już tego nie rozumieją – potrzebny jest konwerter albo stary telewizor kineskopowy. Wybierz tę drogę, jeśli lubisz majsterkować i zależy Ci na tym, żeby joystick był tym joystickiem. W przeciwnym razie zacznij od drogi drugiej.
2. Mini-konsole
Producenci zorientowali się, że nasze pokolenie ma pieniądze, i wypuścili gotowe rozwiązania: TheC64 (pełnowymiarowa replika Commodore z działającą klawiaturą i 64 grami), Atari 400 Mini (miniaturka z 25 grami i portem na własne pliki), TheA500 Mini dla fanów Amigi, Evercade dla tych, którzy chcą kartridże. Podłączasz przez HDMI, gra od razu, wszystko legalne, bo gry są licencjonowane. Cena: 400-700 zł. To jest droga dla większości z nas – i najlepszy prezent, jaki dorosły facet może dostać pod choinkę od kogoś, kto go zna.
3. Emulator na komputerze
Darmowa i najbardziej elastyczna. Emulatory Atari (Altirra), Commodore (VICE) czy Amigi (WinUAE) odtwarzają sprzęt bit po bicie na zwykłym laptopie. Haczyk jest jeden: emulator to tylko maszyna, gry trzeba mieć legalnie – z własnych oryginalnych kaset i dyskietek, z oficjalnych zbiorów sprzedawanych dziś przez wydawców (Atari 50, Antstream Arcade, wznowienia na Steam i GOG) albo z tytułów, które autorzy sami udostępnili za darmo. Tych ostatnich jest zaskakująco dużo.
Od czego zacząć
Nie od sprzętu. Od jednej gry, którą pamiętasz najlepiej. Dla większości facetów z Atari to będzie Montezuma, dla ludzi od Commodore – Boulder Dash albo Bruce Lee, dla wszystkich – River Raid. Znajdź ją w legalnej wersji, zagraj pół godziny. Jeśli po tych trzydziestu minutach chcesz więcej – kup mini-konsolę. Jeśli chcesz jeszcze więcej – wtedy dopiero idź do kartonu na strychu.
Kodeks retro gracza po 40
- Legalnie albo wcale. ROM-y „z internetu” to kradzież, nawet jeśli gra ma czterdzieści lat i wydawca nie istnieje. Ten cykl nie linkuje do żadnych obrazów gier poza oficjalnymi.
- Nostalgia to nie wymówka. Te gry były trudne i często nieuczciwe. Nie udawaj, że Montezuma była dziełem sztuki – była grą, którą pokochaliśmy, i to wystarczy.
- Graj z kimś. Najlepsze, co możesz zrobić z retro grą, to pokazać ją synowi albo córce – i przegrać. Dziecko, które widzi, jak ojciec umiera na pierwszej planszy i śmieje się z tego, uczy się czegoś ważniejszego niż sterowanie.
- Nie zbieraj, graj. Kolekcjonowanie pudełek to inne hobby. Tu chodzi o czterdzieści minut przy joysticku.
Cykl Joystick – co będzie w odcinkach
Jedna gra na odcinek, co dwa tygodnie. Każdy odcinek ma metrykę (rok, platforma, ile kosztowała wtedy, jak zagrać dziś), historię gry i historię nas przy niej. Na start pięć odcinków: Montezuma, a potem cztery klasyki z salonów gier – Pac-Man, Space Invaders, Arkanoid i Bubble Bobble. Dalej: Boulder Dash, River Raid, Atari 65XE jako zjawisko, emulator w dziesięć minut, a przed grudniem – ranking mini-konsol na prezent. Jeśli masz grę, o której powinniśmy napisać, napisz w komentarzu pod odcinkiem.
Ten cykl to część działu Pasje po 40. O tym, dlaczego mężczyźni mylą odpoczynek z walką – i dlaczego pół godziny przy joysticku może być lepsze niż godzina na siłowni – pisałem w tekście „Hobby czy pasja?”.
Przewodnik po cykluHobby dla mężczyzny po czterdziestce - jak wybrać
Cały cykl „Joystick – gry, które nas wychowały”:
JoystickMontezuma: gra, która nauczyła nas, że nie wszystko musi być do przejścia
JoystickPac-Man: cztery duchy, cztery typy ludzi, których poznasz w każdej pracy
JoystickSpace Invaders: gra, której nie da się wygrać - i dlatego jest uczciwa
JoystickArkanoid: gra bez wroga, w której nie da się nikogo obwinić
JoystickBubble Bobble: jedyna gra z dzieciństwa, która karała za samotność
JoystickZorro na Atari 800 XL: gra, w której informacja od kolegi była warta więcej niż zręczność
JoystickDonkey Kong na Atari 65XE: retro klasyk, w którego znów gramyZ tego samego cyklu:


