Rywalizacja, w której nie ma przegranych

Rywalizacja, w której nie ma przegranych. Czy istnieje taka? Czy może to tylko naiwne życzenie, brutalnie weryfikowane i sprowadzane do parteru przez zwykła, codzienną rzeczywistość? Patrząc na system edukacji szkolnej, można uznać, że rywalizacja ma się całkiem dobrze i jest dobrze chroniona. Czy zatem biorąc udział w jakiejkolwiek konkurencji, można – mimo przegranej, czuć się wygranym? W mojej ocenie – tak. Taki jest mój punkt widzenia, który już za chwilę postaram się poprzeć argumentami.  Jak być lepszym stając w szranki w rywalizacjach codziennego dnia?

Z życia wzięte

– Tato, znów dziś przegrałem ze Staśkiem i Szymonem. Jeździliśmy na czas na rowerach i oni byli lepsi – pożalił mi się Maciek, gdy tylko wszedł do domu.

– Może mają lżejsze rowery, albo lepsze przełożenia?

– Nie. Sprawdzałem. Bo też tak myślałem, ale ja mam nawet lepsze i mój rower jest chyba trochę lżejszy. A i tak przegrywam. Nie jestem ostatni, ale i tak nigdy nie udało mi się być pierwszym. Chyba nie będę się z nimi ścigał, bo i tak przegram.

– Chodź tu – zaprosiłem Maćka na kanapę i objąłem ramieniem. Zapytałem czy wie jak być coraz lepszym, pokręcił głową dając do zrozumienia, że nie wie. – Zaraz coś na to poradzimy. Mam pewien pomysł i myślę, że może Ci się spodobać. 

Lepszy i gorszy – niszczące przekonanie

My, dorośli, rywalizujemy ze sobą w przeróżnych życiowych konkurencjach, więc czemu nie miałyby tego robić nasze dzieci? Wcale nie muszą widzieć naszych zmagań. Wystarczy, że codziennie słyszą, jak porównujemy się z innymi, opowiadając, co zrobili, co mają, w czym ponieśli porażkę, czy też jaką gafę strzelili. Śmiejemy się przy tym, puszymy jak paw, gdy czujemy się lepsi. Rozpiera nas duma. Na różne sposoby przeżywamy rywalizację w miejscu pracy, na zakupach, na siłowni, czy podczas wypoczynku w obcym miejscu. Pytanie: po co to wszystko? Odpowiedź: by poczuć się lepiej. I tyle? Po to tyle zachodu? – A to nie wystarczy?

Chłopiec wygrywa ze swoim tatą
Wygrana cieszy. Przegrana smuci. To normalny stan

Przekonanie budowane od lat

Przecież każdy lubi czuć się dobrze. Jako rodzice nie lubimy przegrywać i nasze dzieci również za tym nie przepadają. Widać to niemal na każdym kroku. Lepsza ocena, lepszy wynik na bieżni, świetny czas na ściance wspinaczkowej, lepszy telefon, ubranie, fryzura, chłopak, znajomi. Nie ma końca w tej wyliczance. Trwa to od najmłodszych lat i trwać będzie dalej, jeśli czegoś z tym nie zrobimy. A jako rodzice w tym temacie możemy naprawdę wiele. Na system szkolny nie zawsze możemy liczyć, więc najlepiej, jeśli weźmiemy sprawy w swoje ręce. Jak być coraz lepszym, jak uczyć się tego w tych warunkach?

Co i jak zmienić?

Problem jednak w tym, że nie bardzo wiemy, jak odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Przecież sami codziennie uczestniczymy w różnych wyścigach i nie mamy pomysłu, jak je zakończyć i nie brać udziału w kolejnych.

Jest jednak światełko w tunelu. Odkąd je odkryłem, podążam za nim z moim Synem i powiem wam, że robi się coraz jaśniejsze, co może oznaczać, że chwila, gdy będziemy wolni od niezdrowej w jakimś stopniu wyniszczającej niezdrowej rywalizacji, jest naprawdę blisko. To chwila, gdy nowe przekonanie stanie się codziennym nawykiem i zacznie kojąco wpływać na naszą rzeczywistość. Ale do rzeczy. Co to za światełko?

Jeśli lepszy, to od kogo

Co złego jest w byciu lepszym albo gorszym? Niby nic, ale spójrz na swoje dziecko. Ja, niejeden raz widziałem Maćka przygaszonego czy wręcz smutnego w sytuacji, gdy okazało się, że przegrał i był jednym z ostatnich w jakiejś konkurencji. Przecież nikt nie lubi przegrywać. Zasada ta dotyczy zarówno dorosłych, jak i dzieci. Żadne dziecko nie lubi przegrywać. Takich się nie chwali, a nawet nie lubi. Stoją w cieniu zwycięzcy. To jemu biją brawo, mówiąc, jaki jest wspaniały. O przegranych nikt nie pamięta. Czemu więc miałby się cieszyć, gdy kolejny raz w coś przegrał? Przecież to nienormalne. Przegrany, znaczy gorszy. Wygrany, znaczy lepszy. Pytanie tylko… od kogo? Od kogo gorszy, a od kogo lepszy? 

No jak to od kogo? Od innych. Tych, z którymi wygrał albo przegrał. Od tych, którym zabrał radość, albo przyczynił się do wybuchu radości. Nie można przegrać i się cieszyć, albo wygrać i płakać z tego powodu. Chyba, że są to łzy radości i szczęścia. 

Wracaliśmy ostatnio z urodzinowej imprezy. Tu wtrącę, że lubię rozmowy w samochodzie. W samochodzie bowiem, gdzie nie ma ucieczki od tematów. Rozmawialiśmy o piłkarzykach, grze najchętniej obleganej w świetlicowych przestrzeniach szkoły mojego Syna. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, kto wygrywa, kto przegrywa. Czy jest zdecydowany lider tej zabawy czy też nie. Wówczas Maciek powiedział mi, że czasami lubi przegrywać, to i tak wiem, że przegrywać nie lubi. Wciąż jeszcze nie lubi, choć rozumie już coraz więcej, gdy tłumaczę mu jak to z tym wszystkim jest i dzielę się z nim światełkiem w tunelu, które sam jakiś czas temu odkryłem. Sporo rozmawiamy na ten temat, bo życie, jak wspominałem, pełne jest rywalizacji i nie ma dnia, w którym do kogoś byśmy siebie nie porównali. Nawet, jeśli o tym nie wiemy, bo robimy to zupełnie nieświadomie, choćby idąc ulicą, czy jadąc samochodem.

Niszczący dualizm

Dualizm: lepszygorszy, potrafi mocno zdołować, zdemotywować i zniechęcić. Jako dorośli, potrafimy sobie wiele rzeczy wytłumaczyć, ale dzieci szybko odpuszczają, gdy raz za razem ponoszą w czymś porażkę. Musi im na czymś naprawdę mocno zależeć, by podniosły się po raz setny. 

To wartościowanie potrafi też mocno wpłynąć na relacje. Niejedna dobrze zapowiadająca się dziecięca przyjaźń, wali się jak domek z kart, gdy jeden wciąż wygrywa, a drugi ledwo dobiega do mety. To może zdołować, a już na pewno nie umacnia znajomości. 

Dopóki nie uświadomimy sobie, a następne dziecku, że tak nie musi być i sama przegrana może być czymś dobrym, będziemy cierpieć i tracić mnóstwo energii podczas spełniania marzeń i realizacji celów. Czas więc na zmiany. 

Chłopcy grający w szachy
Zwycięstwo i porażka – dwie strony rywalizacji

Wygrać ze sobą

Gdy myślimy o rywalizacji, to tak naprawdę nie konkurujemy tu jedynie z innymi ludźmi. Dobrze, z nimi też, ale nie tylko. Jest ktoś jeszcze, kogo w ogóle nie bierzemy pod uwagę. A to błąd. Bo właśnie ten KTOŚ, pomijany nieraz przez całe życie, jest kluczem, którym otworzymy drzwi prowadzące do wolności od niezdrowej i wyniszczającej rywalizacji. KTO to jest?

Ja sam. On sam

Tym kimś dla każdego człowieka jest on sam. Dla mojego Maćka jest sam Maciek, a dla mnie – ja. Czy to w ogóle ma sens? 

Uważam, że ma. Sprawdziłem to na sobie i teraz uczę tego swojego Syna. Zmiany były zauważalne już po pierwszej rozmowie. Tak jak ja kiedyś, tak i on, nie miał pojęcia, że podczas jazdy na rowerze na czas, można ścigać się ze sobą samym. Oczywiście, na czas jechali też inni koledzy i to równocześnie, ale pierwszy raz w życiu nie zwracał tak bardzo na nich uwagi. 

– Tata, a wiesz, że dziś znów jeździliśmy na czas – zawołał, gdy tylko wszedł do domu. – Byłem czwarty i pierwszy. Ale w jednym wyścigu.

Nie bardzo wiedziałem, co ma na myśli, więc dopytałem i oto, co usłyszałem:

– No czwarty byłem, bo szybciej pojechał Stasiek, Szymek i Krzysiek, ale pierwszy, bo miałem lepszy czas od tego, jak pojechałem poprzednim razem. Pobiłem swój rekord i wygrałem ze sobą. I wiesz co? Jak zobaczyłem, jaki czas miał dziś Krzysiek, to pomyślałem, że skoro on mógł, to ja też tak pojadę, tylko muszę trochę poćwiczyć. Pojedziemy w sobotę na ten duży plac, gdzie byliśmy kiedyś?

W punkt

I to jest właśnie światełko w tunelu, o którym pisałem wcześniej. Gdy rywalizujemy ze sobą, stajemy się coraz lepsi, doskonalsi, aż w końcu osiągamy mistrzostwo. Inni są dla nas przewodnikami i przykładem, jak dobry mogę być ja w tym, w czym oni sięgnęli po kolejne trofeum. 

Jeśli uda nam się przekazać tę wiedzę dzieciom, obudzimy w nich ogromny potencjał, odporny na zniszczenie przez niezdrową rywalizację, która niesie ze sobą zniechęcenie, brak motywacji i smutek po porażce. Od tej pory, rywalizować będą przede wszystkim ze sobą, rozwijając skrzydła swoich możliwości i pasji, by już wkrótce dołączyć do grona geniuszy i mistrzów. 

Proszę poczekaj...
Podobne wpisy

Nasz świat cały jest na niebiesko

2 dzień kwietnia. Światowy Dzień Świadomości Autyzmu. Pomyślałem, że warto poruszyć przy tej okazji ważki temat. To jednocześnie trudny temat i niewidzięczny, przez wielu pomijany. Jaka jest nasza świadomość autyzmu?…
Czytaj więcej