Zdrowa rywalizacja: jak nauczyć dziecko ścigać się ze sobą
Dziecko wraca do domu i mówi, że znowu przegrało. Ścigali się na czas, dwaj koledzy byli szybsi, a ono - jak samo to ujmuje - nie jest ostatnie, ale pierwsze nie było nigdy. I dorzuca zdanie, które powinno zapalić ojcu czerwoną lampkę: „chyba nie będę się z nimi ścigał, bo i tak przegram”.
To zdanie nie jest o rowerach. Jest o drabinie, którą dziecko właśnie sobie w głowie ustawiło - drabinie lepszych i gorszych, na której miejsce jest tylko jedno, a wszyscy poza jednym muszą poczuć się przegrani. Rywalizacja wrasta w dziecko wcześnie i cicho: przez oceny, przez sportowe „kto pierwszy”, przez porównania w klasie i na podwórku. Zanim się obejrzysz, mały człowiek dzieli świat na lepszych i gorszych i sam ustawia się gdzieś pośrodku.
A jednak istnieje rywalizacja, z której nikt nie wychodzi pokonany, i nie jest to pobożne życzenie, tylko coś, co potwierdzają badania nad motywacją. Cała różnica tkwi w tym, z kim i o co dziecko się ściga: z innymi o pierwsze miejsce, czy ze sobą wczorajszym o krok do przodu. To pozornie drobne przesunięcie zmienia wszystko - i jemu poświęcony jest ten tekst.
Skąd u dziecka bierze się drabina lepszych i gorszych
Nie z systemu szkolnego, choć system ją porządnie utwardza. Przede wszystkim z domu, i to nie z tego, co mówimy dziecku, tylko z tego, co mówimy przy dziecku.
Dorośli rywalizują nieustannie i rzadko to zauważają. Dziecko nie musi widzieć naszych zmagań w pracy - wystarczy, że codziennie słyszy, jak porównujemy się z innymi. Kto co kupił, kto gdzie pojechał, komu się nie udało, kto strzelił gafę. Przy tej ostatniej kategorii bywa nawet wesoło, a mały człowiek siedzący obok przy stole uczy się w tym momencie czegoś zupełnie innego, niż nam się wydaje. Uczy się, że ludzi ustawia się w kolejce i że warto stać wysoko.
Potem to samo wraca w jego skali: lepsza ocena, lepszy czas na bieżni, lepszy telefon, lepsza fryzura, lepsi znajomi. Lista nie ma końca i będzie się przedłużać, jeśli nikt jej nie przerwie. Na szkołę w tej sprawie liczyć raczej nie można. Zostaje ojciec.
Dlaczego dualizm lepszy-gorszy tak szybko gasi dziecko
Zacznijmy od rzeczy oczywistej, którą łatwo zbyć: wygrana cieszy, przegrana smuci i to jest stan normalny. Żadne dziecko nie lubi przegrywać, tak samo jak żaden dorosły. Przegranych się nie chwali, stoją w cieniu zwycięzcy, brawa dostaje ktoś inny. Trudno się dziwić, że dziecko nie chce tam wracać.
Kłopot polega na tym, co ta drabina robi z dzieckiem, gdy stoi na niej dostatecznie długo. Dorosły potrafi sobie porażkę wytłumaczyć, znaleźć kontekst, odłożyć na później. Dziecko odpuszcza szybko - musi mu na czymś naprawdę mocno zależeć, żeby podniosło się po raz setny. Zdanie „nie będę się ścigał, bo i tak przegram” nie jest lenistwem. Jest racjonalną kalkulacją kogoś, kto uznał, że w tej grze nie da się wygrać.
Drugi koszt jest relacyjny i widać go rzadziej. Niejedna dobrze zapowiadająca się dziecięca przyjaźń rozsypuje się, kiedy jeden wciąż wygrywa, a drugi ledwo dobiega do mety. Wartościowanie wchodzi między dzieci i zostaje tam na długo. Dorosły mężczyzna, który nie potrafi cieszyć się z sukcesu kolegi, zwykle nie nauczył się tego wczoraj.
Co o rywalizacji mówią badania
Najpierw fakt, który psuje prostą pochwałę współzawodnictwa: w nauce i w działaniu współpraca zwykle bije rywalizację. Metaanalizy Davida i Rogera Johnsonów, obejmujące dziesiątki badań, pokazują, że struktura współpracy daje wyższe wyniki niż układ „każdy przeciw każdemu”, ze średnim efektem rzędu połowy odchylenia standardowego, i to w zadaniach od matematyki po sport. To nie znaczy, że rywalizacja jest zła. Znaczy, że samo „ścigaj się i wygrywaj” nie jest receptą na rozwój, choć szkolny odruch podpowiada inaczej.
Drugi trop tłumaczy dlaczego. Psychologia odróżnia nastawienie na mistrzostwo, czyli „chcę być lepszy niż ja wczoraj”, od nastawienia na ego, czyli „chcę być lepszy od innych”. Carol Dweck i Ellen Leggett wykazały w 1988 roku, że pierwsze nastawienie wiąże się z szukaniem wyzwań i wytrwałością po porażce, a drugie z unikaniem trudności i poddawaniem się, gdy zaczyna się nie udawać. Dziecko skupione na pokonaniu kolegów kruszeje po pierwszej przegranej. Dziecko skupione na własnym postępie idzie dalej, bo jego punkt odniesienia nigdzie mu nie ucieka.
I rzecz trzecia, radość z samego robienia. Z teorii samostanowienia Deciego i Ryana wynika, że nacisk wyłącznie na „wygraj albo przegraj” potrafi wypłukać z dziecka motywację wewnętrzną - tę, dla której coś robi się dla samej przyjemności. Ale i tu rywalizacja nie jest jednoznacznym wrogiem: oprawiona w mistrzostwo i własny rozwój potrafi motywację wręcz podsycać. Cały sekret w tym, by punktem odniesienia uczynić nie cudzy wynik, lecz wczorajszego siebie.
Przesunięcie, które zmienia wszystko
Kiedy myślimy o rywalizacji, przyjmujemy odruchowo, że przeciwnik jest na zewnątrz. Owszem, bywa. Ale jest jeszcze ktoś, kogo w tym rachunku zwykle nie uwzględniamy przez całe życie, a kto jest jedynym przeciwnikiem zawsze dostępnym i zawsze możliwym do pokonania.
To ty sam. Dla dziecka - ono samo.
Brzmi jak frazes, dopóki nie zobaczy się, co to robi z dzieckiem w praktyce. Zmiana bywa widoczna po jednej rozmowie, bo większość dzieci po prostu nie wie, że jadąc na czas razem z całą grupą, można jednocześnie ścigać się wyłącznie ze sobą. Nikt im tego nie powiedział, bo to nie jest oczywiste - w szkole liczy się kolejność na mecie.
Kiedy jednak dziecko to złapie, potrafi wrócić do domu ze zdaniem, które brzmi jak pomyłka, a jest przełomem: „byłem czwarty i pierwszy, w jednym wyścigu”. Czwarty, bo trzech kolegów pojechało szybciej. Pierwszy, bo pobiło własny rekord z poprzedniego razu. I - to jest w tym najlepsze - w tym samym momencie przestaje patrzeć na szybszych kolegów jak na zagrożenie, a zaczyna jak na dowód, że da się szybciej. Skoro on mógł, to ja też tak pojadę, tylko muszę poćwiczyć.
Nic się nie zmieniło w wynikach. Zmienił się punkt odniesienia. Inni przestali być sędziami, a stali się przewodnikami.
Jak to wygląda w praktyce: jedno pytanie zamiast drugiego
Cała robota ojca sprowadza się tu do kilku rzeczy, z których żadna nie wymaga rozmowy wychowawczej.
Zmień pytanie w drzwiach. Zamiast „kto wygrał?” pytaj „co zrobiłeś dziś lepiej niż ostatnio?”. Pierwsze pytanie ustawia dziecko na drabinie. Drugie ustawia je na osi czasu, na której zawsze da się przesunąć o krok. Jeśli zadajesz to pytanie codziennie przez rok, nie musisz robić nic więcej.
Chwal wysiłek i sposób, nie wynik i nie cechę. „Widzę, że zmieniłeś taktykę na ostatnim okrążeniu” niesie informację, z którą dziecko może coś zrobić. „Jesteś zdolny” nie niesie żadnej i przy pierwszej porażce zamienia się w wyrok o dziecku, a nie o wyścigu.
Zapisujcie własne rekordy. Kartka na lodówce z czasami, liczbą pompek albo stron przeczytanych w tygodniu robi więcej niż każde tłumaczenie, bo daje dziecku widoczny dowód, że rywalizacja ze sobą jest mierzalna i że w niej wygrywa.
Pokaż to na sobie. Dzieci czytają zachowanie, nie deklaracje. Ojciec, który mówi przy stole „poprawiłem swój czas o dwie minuty”, uczy inaczej niż ojciec, który mówi „byłem szybszy od Marka”.
Czego nie robić, jeśli chcesz to dziecku przekazać
Trzy rzeczy potrafią przekreślić całą resztę.
Pierwsza: porównywanie dziecka z rodzeństwem albo z kolegami, nawet życzliwe. „Zobacz, jak Kuba się przyłożył” jest zdaniem o drabinie i dziecko odczyta je dokładnie tak.
Druga: pocieszanie przez zaprzeczanie. „To nieważne, że przegrałeś” jest nieprawdą i dziecko o tym wie. Ważne było, skoro się starało. Lepiej powiedzieć, że przegrana boli, i dopiero potem zapytać o własny wynik.
Trzecia, najtrudniejsza: własna reakcja na porażkę dziecka. Jeśli twoja twarz na wieść o czwartym miejscu robi się o ton ciemniejsza, żadne pytanie o postęp już nie pomoże. Dziecko zapamięta twarz, nie pytanie. O tym, ile kosztuje wytrzymanie cudzej dezaprobaty i własnego rozczarowania, pisałem osobno w tekście o odwadze bycia nielubianym.
Co z tego zostaje dorosłemu mężczyźnie
To nie jest wyłącznie lekcja dla dziecka i warto powiedzieć to wprost, bo w tym miejscu większość ojców rozpoznaje samych siebie.
Mężczyzna po czterdziestce, który przez całe życie mierzył się cudzą miarą, dochodzi zwykle w okolicach tego wieku do ściany. Zawsze jest ktoś młodszy, szybszy, wyżej w strukturze i lepiej opłacany. Drabina nie kończy się nigdy, a im wyżej, tym mniej miejsca. Kto ma tylko tę miarę, ten w tym momencie albo się wypala, albo zaczyna udawać.
Ta sama zmiana punktu odniesienia, którą próbujesz przekazać dziecku, jest jedyną znaną mi rzeczą, która to odkręca. Nie „czy jestem lepszy od kolegi z równoległego zespołu”, tylko „czy jestem dziś dalej niż rok temu”. To działa w formie, w rzemiośle i w pracy - także wtedy, gdy przychodzi moment, w którym trzeba coś zmienić po czterdziestce i porównywanie się z trzydziestolatkami przestaje mieć jakikolwiek sens.
Jest w tym symetria, której nie da się obejść. Trudno nauczyć dziecko ścigania się ze sobą, jeśli samemu ściga się z sąsiadem. I odwrotnie: ojciec, który tłumaczy to dziecku wystarczająco często, w pewnym momencie orientuje się, że tłumaczy to sobie.
Rywalizacja, w której nie ma przegranych, nie polega więc na tym, żeby wszyscy dostali medal. Polega na tym, żeby wynik innych przestał być wyrokiem, a stał się informacją. Wtedy przegrana przestaje być czymś, co się o tobie orzeka, i staje się tym, czym zawsze była - danymi z ostatniego wyścigu.
Najczęstsze pytania o rywalizację
Co to jest rywalizacja?
Rywalizacja to dążenie do celu w odniesieniu do innych lub do samego siebie. Kluczowy jest właśnie ten punkt odniesienia: rywalizacja z innymi mierzy mnie cudzym wynikiem, a rywalizacja ze sobą - moim wczorajszym poziomem. Ta druga rozwija, bo zawsze daje się wygrać, robiąc krok do przodu.
Czym różni się zdrowa rywalizacja od niezdrowej?
Zdrowa rywalizacja skupia dziecko na własnym rozwoju i nauce, więc porażka jest wtedy informacją, nie wyrokiem. Niezdrowa skupia je na pokonaniu innych za wszelką cenę; wówczas pierwsza przegrana podcina skrzydła, a wartość dziecka zaczyna zależeć od cudzych wyników. Badania nad nastawieniem na mistrzostwo i ego (Dweck i Leggett, 1988) pokazują, że pierwsze podejście daje wytrwałość, a drugie rezygnację.
Czy rywalizacja jest dobra dla dzieci?
Nie jest ani zła, ani dobra sama w sobie - wszystko zależy od jej oprawy. Współpraca zwykle daje lepsze efekty w nauce niż współzawodnictwo (metaanalizy Johnsonów), ale rywalizacja oprawiona w mistrzostwo i własny rozwój potrafi motywować. Szkodzi dopiero rywalizacja czysto „wygraj albo przegraj”, która gasi radość z samego działania.
Jak nauczyć dziecko zdrowej rywalizacji?
Przesuwaj jego uwagę z cudzego wyniku na własny postęp: pytaj nie „kto wygrał?”, lecz „co zrobiłeś dziś lepiej niż wczoraj?”. Chwal wysiłek i strategię, nie samą wygraną. I pokazuj własnym przykładem, że porażka to etap nauki, a nie powód do wstydu - wtedy dziecko zacznie ścigać się przede wszystkim ze sobą.
Co powiedzieć dziecku, które właśnie przegrało?
Najpierw uznaj to, co czuje, zamiast zaprzeczać: przegrana boli i udawanie, że jest nieważna, brzmi fałszywie. Dopiero potem przesuń rozmowę na jego własny wynik - o ile poprawiło czas, co zrobiło inaczej niż poprzednio, co chce poćwiczyć. Unikaj porównań z rodzeństwem i kolegami, nawet życzliwych, bo to one budują drabinę, którą próbujesz rozebrać.
O tym, jak odmawiać dziecku tak, żeby zostało uzasadnienie, a nie osad - Nie, bo nie. O cenie, jaką płaci się za własne zdanie - Odwaga bycia nielubianym. A o tym, dlaczego dane słowo waży u dziecka więcej niż czyn - Dotrzymywanie słowa dziecku.
Przewodnik po cykluDojrzałe ojcostwo - kompletny przewodnik dla mężczyzny po 40
Z tego samego cyklu:
OjcostwoSztuczna inteligencja w wychowaniu dzieci. Wieczór, w którym Aida przyszła zadać mi kilka pytań
OjcostwoKsiążki dla ojców, które zostają na lata
OjcostwoDzieciaki z autyzmem czują bardziejZobacz też: Golf czy padel po czterdziestce? Wybierz świadomie · Odwaga bycia nielubianym - jak przestać żyć cudzymi oczekiwaniami