Mężczyzna po czterdziestce przy stoliku rzymskiej kawiarni o złotej godzinie, espresso i kieliszek wina - włoska dolce vita

La dolce vita: słodkie życie zaczyna się od decyzji, nie od pieniędzy

Włoska lekcjalekcja 4

La dolce vita

[la dolcze wita]

Dosłownie: słodkie życie. W praktyce: nie luksus i nie zabawa bez końca, tylko świadoma decyzja, co w swoim życiu uznajesz za warte smakowania.

Hasło zna każdy, nawet kto nigdy nie widział filmu. „La dolce vita” brzmi jak pocztówka: słońce, wino, Rzym, życie bez troski. Problem w tym, że film Felliniego, od którego ruszyła kariera tego zwrotu, mówił coś dokładnie odwrotnego.

La dolce vita weszła na włoskie ekrany w lutym 1960 roku, a kilka miesięcy później dostała Złotą Palmę w Cannes. Fellini pokazał w niej dziennikarza, który krąży między przyjęciami, pustymi romansami i nocami bez snu - i z każdą sceną jest coraz bardziej pusty. To nie była reklama słodkiego życia. To był rachunek za nie. Z tego samego filmu przyszło zresztą do nas inne słowo: natrętny fotograf nazywał się Paparazzo, a od jego nazwiska mówimy dziś „paparazzi”.

Włosi zostawili sobie jednak sam zwrot, oczyszczony z ironii reżysera. Dolce vita to dla nich nie orgia luksusu, tylko życie, w którym jest miejsce na smak: na posiłek bez pośpiechu, na rozmowę, która do niczego nie prowadzi, na popołudnie należące tylko do ciebie. Słodycz nie bierze się z tego, ile masz. Bierze się z tego, co postanowiłeś zauważać.

Różnica jest subtelna, ale decyduje o wszystkim. Jedno życie mierzy się tym, co można pokazać innym. Drugie - tym, co można poczuć, kiedy nikt nie patrzy. Pierwsze zawsze da się jeszcze powiększyć, bo zawsze ktoś ma więcej. Drugie ma rozmiar dokładnie taki, na jaki pozwolisz sobie je zauważyć.

Słodkie nie znaczy drogie

Facet po czterdziestce zna już cenę wszystkiego. Wie, ile kosztuje samochód, szkoła dziecka, spokój w domu. Trudniej mu odpowiedzieć na inne pytanie: co z tego, co ma, jest naprawdę słodkie. Nie najdroższe, nie najbardziej na pokaz - tylko to, czego brak odczułby najmocniej. Dolce vita zaczyna się w chwili, w której przestajesz mylić te dwie listy.

Pułapka nie polega na tym, że gonimy za luksusem. Polega na tym, że gonimy w ogóle, a rzeczy słodkie - te darmowe i ciche - przelatują obok niezauważone. Bohater Felliniego miał wszystko i nie miał nic, bo niczego nie zdążył posmakować. To nie jest problem lat sześćdziesiątych. To jest problem każdego, kto pomylił tempo z życiem.

Lekcja do odrobienia

Weź kartkę i wypisz pięć rzeczy z ostatniego tygodnia, które były naprawdę dobre. Nie sukcesy, nie rzeczy kupione - momenty, które chciałbyś przeżyć jeszcze raz. Jeśli zebranie pięciu zajmie ci więcej niż chwilę, to jest twoja odpowiedź: nie brakuje ci słodkiego życia, brakuje ci uwagi na nie. W następnym tygodniu zaplanuj świadomie jedną taką rzecz. Jedną, wpisaną w kalendarz jak spotkanie, którego się nie odwołuje.

Dolce vita nie przychodzi wtedy, kiedy odłożysz dość pieniędzy albo w końcu zwolnisz. Nie czeka na emeryturę ani na lepszy rok. To decyzja, którą podejmujesz w tygodniu, który masz teraz, z tym, co teraz masz pod ręką. Felliniemu chodziło o to samo, tylko pokazał to od drugiej strony: że można mieć całe słodkie życie w zasięgu ręki i nie tknąć go ani razu.

O tym, dlaczego mężczyźni mylą tempo z życiem i jak wygląda kryzys, który z tego wyrasta, pisałem w tekście „Kryzys wieku średniego u mężczyzn bez stereotypów”. A skąd wziął się sam zwrot i co naprawdę znaczy słodkie życie - o tym u naszych sąsiadów z Due Cappucci: „Dolce vita - co naprawdę znaczy słodkie życie”.

Podobne wpisy